Greckokatolicki syndrom Kalego
W epoce pozytywizmu Henryk Sienkiewicz powołał do życia tzw. „prawo Kalego”. Prosta i nieskomplikowana zasada mówi: „Jak Kali ukraść krowę, to dobrze; ale jak Kalemu ukraść krowę, to źle”. Na pewno łatwo jest nam z Kalego się śmiać, ale czy jego teorii sprawiedliwości nie próbujemy stosować w codziennym życiu? Wystarczy tylko się rozejrzeć aby zauważyć, jak wiele osób współcześnie pod przewodnictwem afrykańskiego wolnomyśliciela próbuje zdyskredytować swych adwersarzy. Takową sytuację można też dostrzec w polemice dotyczącej polityki językowej Kościoła greckokatolickiego w Polsce.
Kwestią duszpasterstwa pośród polskojęzycznych grekokatolików oraz polskojęzycznych nabożeństw zajmuje się od wielu lat diakon Piotr Siwicki. Można nawet powiedzieć, że po roku 1989 jest on pierwszą osobą, która podjęła to zagadnienie w UKGK w Polsce. Pomimo tego, że poruszał ów temat od dłuższego czasu w wielu artykułach, jego głos nie wywoływał znaczącego rezonansu w społeczności greckokatolickiej. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy temat polskojęzycznych greckokatolickich nabożeństw został opublikowany na łamach nowego pisma „Grekokatolicy.pl”, a dokładnie, gdy poruszyłem ów temat na jednym z kazań.
Z czasem dyskusja tak rozgorzała, że głos zabrał jeden z biskupów greckokatolickich: „Już prawie od czterech miesięcy na stronach «Naszego Słowa» pojawiają się artykuły różnych autorów i komentarze czytelników na temat, który wywołał artykuł redaktora Stefana Migusa «Zamieszanie w Cerkwi». Przyczyną do poruszenia cerkiewnej tematyki na stronicach «Naszego Słowa» stało się kazanie o. Ireneusza Kondrów, wygłoszona w Bartoszycach 23.01.2011 roku. Ksiądz miał wówczas powiedzieć, że Kościół greckokatolicki w Polsce powinien rozważyć problem wprowadzenia języka polskiego do cerkiewnych nabożeństw”(Por. В. Р. Ющак, «ЗАКОЛОТ» У ЦЕРКВІ?, БЛАГОВІСТ, Нр 5-6 [245-246], с. 1, 5, 9 ).
Mniej więcej tak to wówczas wyglądało. Z tą jednak różnicą, że podczas wspomnianej homilii próbowałem uwrażliwić wiernych, że sam język jakim powinniśmy się posługiwać w dyskusji na ten temat powinien być wyważony, ponieważ nawet używanie takiego słowa jak „problem” jest niezręczne, gdyż przebywający w naszych cerkwiach Polacy mogą się poczuć jako zjawisko problematyczne, a przecież w rzeczywistości tak nie jest, gdyż Kościół Chrystusowy cieszy się z każdego człowieka, który może dostąpić w nim zbawienia.
RE: Jak odprawiać?
Po wspomnianym artykule biskupa Włodzimierza Juszczaka polemika w masmediach stanowczo zamilkła. Jednak zaledwie kilka dni temu ukazał się nowy artykuł, tym razem polemiczne działa wytoczył ks. dr hab. Jarosław Moskałyk w kalendarzu „Blachowista” 2012 r. w artykule pt.: „Jak odprawiać…” (Por. Я. Москалик, Я служити..., КАЛЕНДАР БЛАГОВІСТА 2012, с.123-137 ) Ksiądz profesor w pierwszej części swych rozważań pisze między innymi: „Dzięki osobistej relacji do Boga, człowiek może odnaleźć prawdę o swoim istnieniu i radować się nią. Jednocześnie stawać się coraz bardziej otwartym na Stwórcę i ludzi. Zgodnie z idealistycznymi kryteriami tak miałoby być, ale także powszechnie wiadomo, że niejednokrotnie nie zawsze tak się dzieje”. Następnie ks. Jarosław podaje jako przyczynę takowego stanu duchową bezsilność, która jest spowodowana odrzuceniem ziarna prawdy. Ową bezsilność można pokonać poprzez ofiarność i łączność z Duchem Świętym, który niejako motywuje człowieka do ciągłego samodoskonalenia się. Można powiedzieć, że początek artykułu ma charakter kaznodziejski i pozbawiony jest „osobistych wycieczek”.
Sytuacja jednak się zmienia, gdy zaczynamy czytać części nr 2 – 4 wymienionego artykułu. W mojej ocenie widzę tu w wielu fragmentach duch Kalego bezwzględnego relatywisty, a nade wszystko postawę odbiegającą od rzetelności, która miałaby się wiązać z piastowaną posadą profesora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Profesor z jednej strony zarzuca diakonowi Siwickiemu populizm, a z drugiej strony wydaje się, że sam używa języka posiadającego znamiona populizmu tj.: „cudzy polski język”, „intryga”, „prowokacja”, „haniebny przykład”, „manipulacja”. Następnie prawdopodobnie z braku argumentów próbuje podważyć autorytet adwersarzy twierdząc: „za sprawę biorą się ludzie przynajmniej formalnie powiązani z Kościołem i posługują się jego autorytetem”. Czyżby była to aluzja do rzekomego posiadania przez ks. J. Moskałyka monopolu na bycie autentycznym stuprocentowym grekokatolikiem? Jest to tym bardziej intrygujące pytanie, że sam profesor w/g szematyzmu z 2012 r. jest poza granicami Archieparchii greckokatolickiej. Wydaje się, że jednocześnie ów profesor próbuje dzielić duchownych greckokatolickich na lepszych i gorszych, tych rzekomo związanych tylko formalnie i tych związanych pępowiną ślepego i radykalnego apologetyzmu.
Żenujące są też aluzje profesora pod adresem księży, którzy nauczają katechezy w języku polskim oraz określanie związku małżeńskiego duchownego grekokatolika z Polką jako związku z „towarzyszką życia cudzego pochodzenia”. Zaraz potem twierdzi ów ksiądz, że przywoływanie faktu wiązania się księży greckokatolickich z kobietami „cudzego pochodzenia” nie jest przejawem ksenofobi. Czy może tak powiedzieć o sobie człowiek, który wcześniej ocenia używanie języka polskiego przez duchownych greckokatolickich w swoim gronie, jako czyn haniebny?
W ogóle częste określanie języka polskiego bądź Polaków jako element obcy - dokładnie ksiądz operuje przymiotnikiem „cudze” - jest w mojej ocenie co najmniej niestosowne. Bo czy można określić sytuację jako normalną, gdy pod adresem narodu, z którym Ukraińcy sąsiadują od wielu lat, a w konsekwencji także w stosunku do państwa, które dało wykształcenie i pracę używać wielokrotnie przymiotnika cudze (obce)? Może jestem przewrażliwiony, ale jeśli nie jest ksenofobia, to przynajmniej budowa podatnego gruntu pod narodziny owego negatywnego zjawiska w stosunku do innych nacji, w tym przypadku Polaków.
Najbardziej jednak szokujące wydaje się być to, że profesor prawdopodobnie opiera się na tzn. „gdybaniu” tj. wiejskiej filozofii „jedna baba powiedziała drugiej babie”. Czy dr habilitowany nie powinien w swoich rozważaniach odwoływać się do danych statystycznych? Tym przecież powinien odróżniać się wykładowca uczelniany od prowincjonalnego myśliciela. Czy taka sytuacja nie jest przykładem ignorancji, którą też wspomniany autor zarzuca swemu polemiście? Przecież pewne dane statystyczne są dostępne. Przytaczał je np. bp W. Juszczak w artykule „«Zamieszanie» w Cerkwi?”, gdzie stwierdza, że 2/3 małżeństw zawartych w 2010 roku było mieszanych narodowo polsko-ukraińskich. Ks. Moskałyk w swym dziele apologetycznym „Jak odprawiać…” pisze między innymi, że duchowni napierają na językowe nowatorskie zmiany w naszej liturgii dla dobra jakiejś części wiernych. Czy 2/3 zawieranych dziś małżeństw można określić lekceważąco, jako „jakąś cześć wiernych”? Przy założeniu, że radykaliści narodowo-ukraińcy nie spowodują, że owe mieszane narodowo małżeństwa przejdą do kościołów rzymskokatolickich, to za jakiś czas będą stanowiły one znaczącą cześć wiernych UKGK w Polsce.
Profesor nierzetelnie stwierdza też, że dyskusja na temat polskojęzycznych nabożeństw jest czymś nowym, a zarazem cudzym duchowo. Prawdopodobnie ksiądz profesor nie zna historii parafii greckokatolickiej w Zalesiu koło Rzeszowa. Od 1907 roku proboszczem tejże parafii był ks. Jan Kamiński nota bene żonaty z Polką. W cerkwi na Zalesiu kazania były wygłaszane w języku polskim, czyli funkcjonował jeden z dzisiejszych postulatów określanych prze ks. Moskałyka jako nowatorskie.
Ciekawe czy tamtejsi polskojęzyczni grekokatolicy spod Rzeszowa byli gorszymi patriotami od księdza profesora i jego zwolenników? Może szokująca będzie dla osób, które uważają polskojęzycznych grekokatolików za podrzędnych, nota z 1938 roku: „My Ukraińcy spod Rzeszowa (nie mówiący i nie piszący po ukraińsku) z okazji naszego pobytu we Lwowie, składamy pokłon najpiękniejszej Przewodniczce naszego narodu, macierzystemu Stowarzyszeniu «Proswita - Oświata» w jej jubileuszowym roku” – podpisy wiernych. Parafia na Zalesiu należała do najlepiej zagospodarowanych jednostek cerkiewnych. Przy cerkwi działało bractwo trzeźwości, Apostolstwo Modlitwy, Bractwo Maryjne oraz bractwo biblioteczne. W pomieszczeniu „Domu Narodowego” często odbywały się koncerty oraz sceniczne przedstawienia. Istniały chóry cerkiewne dzieci i dorosłych. Organizatorem chóru przez jakiś czas był dyrektor dziewczęcego gimnazjum - pierwszego państwowego gimnazjum w Rzeszowie, Sawyn Budzynowskyj. Ks. profesor Jarosław też przez pewien czas był administratorem parafialnym, czy może się ksiądz pochwalić podobnymi duszpasterskimi osiągnięciami? Podobne pytania powinni sobie postawić wszyscy ci, którzy też bardzo srogo oceniają księży zwierających związki małżeńskie z Polkami.
Ponadto wydaje się, że profesor swoimi słowami może demoralizować społeczność nie tylko greckokatolicką. Odnoszę takowe wrażenie czytając słowa księdza: „Dlatego osobiście jestem skłonny o wiele bardziej rozumieć tych wiernych, którzy czasami możliwe, że nie są przykładowymi praktykującymi, ale którym nie jest obojętny język i identyczności naszego Kościoła. (…) To może nawet wydawać się trochę dziwnym, że są jednostki, które otwarcie deklarują swój związek z naszą kościelną wspólnotą ze względu na językową tożsamość. Gdyby nie to, to oni wcześniej by tu nie byli oraz nie powiązaliby swego życia duchowego z tym Kościołem. Tej rzeczywistości nie warto ignorować i osądzać.” Przywołana wypowiedź jest też dla mnie przykładem hipokryzji w wydaniu Kalego tj. moich sprzymierzeńców nie można osądzać, ale ja moich przeciwników już mogę np. że dopuszczają się czynów haniebnych.
Ksiądz Jarosław Moskałyk w swoim artykule przywołał moją wypowiedź z poprzedniego numeru „GREKOKATOLICY.PL” Rok II – 2011 - Nr 1 (3) tj.: „W pierwszej kolejności należałoby sprawdzić, czy wszyscy czują się dobrze w naszym Kościele” (Por. Logos, s. 4-7), a następnie profesor stwierdził, że mam (I. Kondrów) marne wyobrażenie o autentycznej misji Kościoła. Ks. Moskałyk zinterpretował moją wypowiedź jako autosugestię tzn., że utożsamiam się z wizją Kościoła, który ma zaspokajać ludzkie emocje i chwilowe pragnienia.
Moje intencje były zupełnie inne, szkoda, że ksiądz profesor tegoż przesłania nie dostrzegł. Nadmienię po raz wtóry, że postuluję i postulowałem przede wszystkim o przeprowadzenie badań statystycznych na temat religijności grekokatolików w Polsce. Uważam, że dopiero wówczas można merytorycznie debatować na temat przyszłości Kościoła greckokatolickiego, czy też polityki językowej UKGK. Miałem i mam na uwadze wizję Kościoła, który w pierwszej kolejności będzie zbawiał, a nie kultywował wartości ukraińskie, które UKGK może wspierać wyłącznie w drugiej kolejności.
Najważniejsze jest to, aby życie grekokatolików było autentycznie chrześcijańskie. Jest ono możliwe w mojej ocenie tylko wówczas, gdy przepowiada się Boże Słowo w zrozumiałym dla słuchaczy języku. W tym momencie chciałbym przywołać ponownie słowa ks. Jarosława o duchowej pustyni, która jest efektem odrzucenia ziarna prawdy. Profesor jako przyczynę takowego stanu widzi w braku ofiarności, zresztą słusznie. Oczywiście, że nie neguję argumentacji księdza, a wręcz się z nią się zgadzam w przywołanej wypowiedzi. Co więcej, te słowa wpisują się i uzupełniają moją dotychczasową argumentację na temat wprowadzenia polskojęzycznych nabożeństw. To znaczy, język polski jest konieczny tam i dla tych osób, które dziś odrzucają ziarno prawdy, gdyż nie do końca je rozumieją w języku ukraińskim. Ponadto argument profesora o ofiarności jest jak najbardziej uzasadniony, ale czy nie powinien odnieść go także do siebie i swej miłości do tradycji ukraińskiej, ponieważ dziś odnoszę wrażenie, że co niektórzy grekokatolicy są gotowi – w imię miłości kultury ukraińskiej, deptać miłość innych grekokatolików do kultury polskiej. A przecież nikt nie postuluje likwidacji ukraińskich nabożeństw, tylko rozpoczęcie autentycznej pracy duszpasterskiej pośród polskojęzycznych grekokatolików.
Odnoszę też nieodparte wrażenie, że ks. Moskałyk reprezentuje wizje Kościoła greckokatolickiego z przełomu XIX i XX wieku, gdy to księża greckokatoliccy stanowili istotny element państwotwórczy Ukrainy. Dziś wiemy, że niejednokrotnie zaangażowanie UKGK (podczas II wojny światowej ) w życie polityczne po dziś dzień odbija nam się czkawką i negatywnymi stereotypami, które swego czasu mocno hamowały rozwój naszego Kościoła, a może nawet i dziś go spowalniają? W tym miejscu zachęcam czytelników do lektury artykułów diakona Piotra Siwickiego i moich, które ukażą nasze autentyczne przekonanie i poglądy w poruszanej kwestii.
*******************
Podsumowując trzeba powiedzieć, że Kali na wsze czasy stał się zdecydowanym relatywistą, a nade wszystko – hipokrytą. Współcześnie prawo Kalego ma się dobrze jak nigdy dotąd. Przykład stanowi choćby Kościół greckokatolicki i toczone w nim polemiki. Można jeszcze zrozumieć, gdy polemistami uprawiającymi apologetykę nie są pracownicy naukowi – wszak człowiek jest na swój sposób egoistą i własne sprawy zawsze postrzega nieco inaczej – ale nauka powinna kierować się faktami i badaniami, a nie ludową mądrością i obroną swego stanu posiadania ze wszelką cenę. Wygląda jednak na to, że hipokryta Kali siedzi w każdym z nas, bez względu na posiadany status społeczny.
Debata na temat ewentualnych nabożeństw polskojęzycznych w UKGK pokazuje, jak to samo zjawisko traktujemy zupełnie inaczej ze względu na to, jak odbieramy jego uczestników, lub jak bardzo sami jesteśmy w nie zaangażowani. Ważne jest jednak to, na ile potrafimy spojrzeć na sprawę uczciwie i rzetelnie; czy potrafimy zachować na tyle pragmatyczny osąd, żeby nie musieć się potem za niego wstydzić?
Ireneusz Kondrów
Tue January 24, 2012, 11:18:34
Fri January 20, 2012, 05:55:29
Thu January 19, 2012, 15:21:36
Wed January 18, 2012, 17:41:09
Wed January 18, 2012, 11:54:26
Tue January 17, 2012, 17:01:28
Tue January 17, 2012, 11:59:25
Mon January 16, 2012, 12:58:33








Tue January 24, 2012, 14:58:21