Strona główna » Aktualności » „Jestem z własnej przeszłości, z własnej pamięci…” - rozmowa z Andrzejem Stasiukiem – pisarzem, publicystą, wydawcą, podróżnikiem

„Jestem z własnej przeszłości, z własnej pamięci…” - rozmowa z Andrzejem Stasiukiem – pisarzem, publicystą, wydawcą, podróżnikiem



Katarzyna Pasławska-Iwanczewska: Jeśli spogląda Pan w przeszłość Galicji – miejsca egzystencji Polaków i Rusinów (Polaków i Ukraińców), choć przecież nie tylko tych obu nacji, to patrzy Pan na tę ziemię jako na raj utracony czy symbol dziejów całej Europy Środkowej? Galicja to dla Pana fenomen czy, w sensie doświadczenia historycznego, fragment historii naszej części kontynentu?

 

Andrzej Stasiuk: Ja patrzę na Galicję jako przybysz z Kongresówki  i to jest dla mnie ziemia nieco egzotyczna z tym spadkiem austro - węgierskim, z tym  otwarciem na południe, z tą stosunkowo mało wyrazistą obecnością Rosji i Niemiec w świadomości, czy też podświadomości. Niewykluczone, że po prostu stałem się kolejną ofiarą mitu galicyjskiego.  Ja jestem dzieckiem Mazowsza i Podlasia, więc ten kosmopolityzm austro - węgierski  trochę musiał mi imponować.  Poza tym, wie Pani, ja pierwszy raz przyjechałem w te strony w 1983 r. dokładnie w prawosławną, czyli też unicką, Wielkanoc. Szliśmy w nocy kilka godzin, żeby z Czarnego zdążyć na mszę rezurekcyjną w cerkwi w Bartnem, która się zaczynała bodajże o północy albo jakoś tak. I to był mój pierwszy w życiu kontakt z tym, że w Polsce są inne narodowości, inne religie, inna historia, której oficjalnie wtedy nie nauczano.  I raptem ja, chłopaczyna z Mazowsza, stanąłem w tej bartniańskiej cerkwi, w tych śpiewach, w tych kadzidłach, w tym poczuciu, że ta bartniańska cerkiew po prostu odrywa się od ziemi i szybuje gdzieś w niebo… No resztki Atlantydy. A z drugiej strony świadomość, że nasze myślenie o tym jako o raju utraconym, to przecież naiwna utopia, bo wystarczy pomyśleć o tym, co się działo na Wołyniu w 1943 r.  chociażby. Bo przecież ta Galicja to niekoniecznie jest narracja o współistnieniu, ale raczej o dominacji jednych nad drugimi, to jest opowieść o przemocy.

 

 

KPI: Czy, spoglądając przez pryzmat nazwiska (– uk), można domniemywać co do  wschodnich korzeni Pańskiej rodziny?

 

AS: Tak. Mój ojciec urodził się i wychował w Gródku nad Bugiem.  Gmina Jabłonna Lacka – co już mówi samo za siebie, bo jak ona była „lacka”, to wokół musiało być jakieś „ruskie” i ona tak dla odróżnienia. No i ten ojcowy i mój Gródek to był unicki i dopiero jak Rosjanie przymuszali do prawosławia w XVIII i XIX, to przeszedł na katolicyzm. Gródkowy kościół to dawna unicka cerkiew.  Ja się z tego bardzo cieszę, bo mam poczucie, że jestem jakiś nieoczywisty, pomieszany, taki niezupełny Polak, Polak polsko-ruski. I z tamtymi stronami jestem bardzo mocno związany emocjonalnie. Spędzałem tam dużo czasu, wakacje, ferie, odpusty, pogrzeby… Jak myślę o tym, skąd jestem, to właśnie stamtąd, z tamtego pejzażu, z tej wsi i potem dopiero trochę z Warszawy.

 

KPI: Co przeważyło przy  podejmowaniu przez Pana  decyzji o osiedleniu się na Łemkowszczyźnie – w krajobrazie górskiej przyrody, wśród łemkowskich domostw i krzyży, w opuszczonej niegdyś wsi? Ma Pan za sąsiadów także Łemków. Czy jest to ucieczka na prowincję czy może  jest to miejsce magiczne?

 

AS: Przypadek. Jak zwykle w życiu. Nie wybierałem Łemkowszczyzny.  Po prostu chciałem mieszkać na południu, w górach, żeby widzieć  ten falujący horyzont, żeby żyć w pewnym oddaleniu od świata, w swojej dolinie. Łemkowszczyzna przyszła przy okazji. Ale jak widać jakieś dotknięcie losu w tym jest z tym moim Gródkiem, z pogranicznością.  Tutaj po prostu było pusto, a ja jestem mizantropem. Jest w tym gorzka ironia, ale gdyby to była ta ludna, żywa Łemkowszczyzna  sprzed akcji „Wisła”, sprzed wysiedleń, to moja noga by tu nie postała. 

 

 

KPI: Byłam w Beskidzie Niskim. Dla Ukraińców to tereny bliskie sercu, dla Łemków to często raj utracony. Banica, Wołowiec, Bartne, Magura, Kornuty i tak można by wymieniać wiele nazw – to miejsca, które potrafią zachwycić i na zawsze wpisać się w pamięć. Na czym według Pana polega genius loci Wołowca? Co daje zamieszkanie w oddalonej od centrum miejscowości?

 

AS: Tak, miejsce ukraińskie, łemkowskie, polskie. Magura i Kornuty to nazwy z pochodzenia wołoskie, rumuńskie, zaraz obok jest Słowacja… Polska, Austro-Węgry, znowu Polska,  dawna Łemkowszczyzna, wysiedlenia, spustoszone wsie, potem eksperyment komunizmu, czyli pegeery.  Jak na taki niewielki skrawek świata, to się tam jednak sporo działo, prawda? To wciąga, to działa na wyobraźnię, to pokazuje, jaki ten świat  jest szalony, piękny, okrutny. Teraz wydaje mi się, że mógłbym żyć gdzie indziej. To pewnie złudzenie, ale lubię je. Pielęgnuję. Chodzę na wołowiecki cmentarz i wiem, że chciałbym, żeby mnie tam pochowali. Po prostu. Jest zresztą bardzo piękny. 

 

KPI: Mówi Pan o cmentarzu wołowieckim... W listopadowe dni szczególnie tkwi w mojej pamięci fragment z Pana książki pt. „Fado” (rozdział „Zaduszki”).  Chciałabym przytoczyć go naszym czytelnikom:  „Tutaj, gdzie mieszkam, nie leżą moi bliscy. Ale okolica pełna jest cmentarzy. Są łemkowskie – tylko one pozostały po wysiedlonych w latach czterdziestych wsiach. Są wojenne austro – węgierskie – pamiątka po pierwszej wojnie światowej i jednej z najkrwawszych bitew tamtego czasu, bitwie gorlickiej. W najbliższej okolicy, w odległości nie większej niż siedem, osiem kilometrów, mam tych cmentarzy chyba z dziesięć. Piszę „mam”, bo od wielu lat staram się je wszystkie w okolicach zaduszkowych odwiedzić. Niektóre leżą na pustkowiach, w wyludnionych dolinach, które kiedyś były wsiami. No więc przyjeżdżam, zapalam lampki i odczytuję imiona i nazwiska pisane cyrylicą. Bo przecież tylko w ten sposób możemy sprawić, by ktoś nie umarł na zawsze: wymawiać jego imię, nie znając nawet jego twarzy. Tylko to można zrobić. Głośno wypowiedzieć dźwięki, na zawsze powiązane z czyimś życiem. Czasami tu i ówdzie pali się już lampka. Ktoś przyszedł, ktoś odwiedził, ale zniknął, jakby sam był duchem.”

Wydaje się to żywą lekcją szacunku wobec innych, wobec przeszłości. Trzeba pamiętać o tych, co odeszli. Na Warmii i Mazurach także są opuszczone cmentarze. Pamiętając o słowach z „Fado”,  odwiedziłam zapomniane niemieckie groby w miejscowości, gdzie mieszkam. 

 

AS: A my byliśmy na „naszych” - łemkowskich i austro - węgierskich. W dodatku z Ukraińcem Andruchowyczem. Tak…

 

KPI: Przeprowadził się Pan do Wołowca ponad 20 lat temu. Czy czuje się Pan tam u siebie?

 

AS: Nie, chyba nie. Zresztą nigdy nie udawałem przed sobą, że tego pragnę i że tak się stanie. Jestem przybyszem, przybłędą. Wybrałem to miejsce, ale nigdy nie będę „stąd”.  Sam zresztą nie wiem skąd jestem? Z Warszawy? To już przeszłość. Z Wołowca? Też nie do końca. Z własnej przeszłości, z własnej pamięci. To jest chyba najlepsza odpowiedź. Zresztą co to dzisiaj znaczy „być skądś”? Cały świat podróżuje, zmienia miejsce, wyrusza za pracą, bezpieczeństwem, ze wsi do miast, z miast do wsi,  z kraju do kraju, z kontynentu na kontynent. To pytanie wkrótce nabierze zupełnie innego sensu. Skąd jesteś? Stąd, co zapamiętałeś, stąd, gdzie bywałeś, stąd kim byłeś w życiu… Wie Pani, ale tak naprawdę „u siebie” czuję się w swoim szałasie, w którym pracuję, z tym pięknym widokiem za oknem, za swoim stołem, przy którym piszę, z tym całym bałaganem książek, map, płyt… Tak.

 

KPI: Podróż – to jeden z motywów Pana twórczości (choćby nagrodzona NIKE 2005 książka „Jadąc do Babadag”). Mam wrażenie, iż homo viator to bohater prawie każdego Pana utworu. Dlaczego?

 

AS: Ach, Droga Pani, gdybym ja wiedział „dlaczego”? Nie wiem. Od zawsze lubiłem się włóczyć, przemieszczać, wagarować z codzienności, dokądś wyruszać. Taki typ. Taki model. Taka skaza osobowości. Odwieczne rozdarcie: lubię siedzieć w swoim Wołowcu, w naszym domu, w swoim szałasie, ale muszę podróżować, muszę dokądś wyruszać, do lasu, na Słowację, gdziekolwiek, po prostu przestrzeń, ruch w przestrzeni jest czymś strasznie ważnym dla mnie.

 

KPI: W najnowszej Pana książce – „Dzienniku pisanym później” – przeczytałam  stwierdzenie, które – jak dla mnie – trochę charakteryzuje Pana, ale i bohaterów Pana książek.  Brzmi ono: „Dalej i dalej”. Nawet od czasu, gdy jesteśmy w  kontakcie w sprawie wywiadu, mam wrażenie, iż   przemierzył Pan wiele setek kilometrów…

 

AS: Cały czas jestem w biegu, w samolocie, w samochodzie, między Gdańskiem, Krakowem , Bukaresztem…

 

KPI: Bunt, kontestacja – to słowa chyba nieobce w Pana życiu. Wydaje się, że jest Pana trochę outsiderem? Czy z wyboru czy z konieczności?

 

AS: Proszę Pani, jestem po prostu leniem, któremu nie chciało się robić tego wszystkiego, co robiła większość. I uważałem, że mam do tego prawo. Nie buntowałem się. Co najwyżej mówiłem: nie chce mi się tego, czy tamtego. Proszę bardzo, ale beze mnie. To nie bunt. To tylko obrona własnej swobody, własnego życia przed tymi, którym wydaje się, że wiedzą lepiej jak powinno wyglądać życie innego człowieka. 

 

Fot: Andrzej Stasiuk, fot. Kamil Gubała

GREKOKATOLICY.PL Nr 2 (2) - ROK 2010




Andrzej Stasiuk (ur. 1960 w Warszawie) – polski pisarz, poeta, publicysta, eseista, dramaturg. We wczesnych latach 80. zaangażowany w działalność Ruchu Wolność i Pokój. Zdezerterował z wojska, za co półtora roku spędził w więzieniu. W 1987 wyjechał z Warszawy i zamieszkał w Wołowcu, w Beskidzie Niskim. Jest laureatem nagrody Fundacji Kultury (1994), Fundacji im. Kościelskich (1995), im. S. B. Lindego (2002), kilkakrotnie nominowany do literackiej nagrody Nike. W 2005 r. otrzymał Nike za Jadąc do Babadag, a w 2007 nagrodę im. Arkadego Fiedlera – Bursztynowy Motyl za Fado. Autor licznych felietonów prasowych ("Tygodnik Powszechny", "Gazeta Wyborcza", "Tytuł", "OZON", "Frankfurter Allgemeine Zeitung" i inne). Jego książki zostały przetłumaczone na wiele języków m.in. na angielski, fiński, francuski, holenderski, niemiecki, rosyjski, norweski, ukraiński, węgierski, włoski, czeski i rumuński.





Rss Facebook Twitter Digg Wykop
  Odsłon: 1846

  • Komentarze (2)


  • Pola wymagane*.


czytelnik
Wpis
Re: „Jestem z własnej przeszłości, z własnej pamięci…” - rozmowa z Andrzejem Stasiukiem
pon marzec 07, 2011, 21:03:03
Cenię sobie Stasiuka

Gość
Wpis
Re: „Jestem z własnej przeszłości, z własnej pamięci…” - rozmowa z Andrzejem Stasiukiem
nie marzec 06, 2011, 19:39:20
Bardzo cenię sobie książki Stasiuka, a z wywiadu widzę , jaki to otwarty człowiek!
  • Spodoby, Hospody...

  • Wełyke Sławosłow'ja

  • Łytijni stychyry Uspeniju

  • Usnuła Maty Boża usnuła


Co najbardziej irytuje Cię w UKGK?